Dzień 12 – prehistoryczny telewizor

Jak dobrze wstać skoro świt. Jutrzenki blask duszkiem pić. Nim w górze tam skowronek zacznie tryl. Jak dobrze wcześnie wstać dla tych chwil.

Tak to zawsze jest w Ratowie, że skoro świt budzi nas blask słońca przebijający się przez okna i zapraszający do nowego, pełnego wrażeń dnia. Jak już wiecie, są u nas rzeczy niezmienne. Zazwyczaj pierwszy wstaje Filip, nie mogący doczekać się tego, co przyniesie nadchodzący dzień. Dziarskim krokiem idzie więc do kościoła, by przywitać się z Najwyższym. Po jakimś czasie uśmiechem wita nadchodzącego Bartka. Jest to o tyle ciekawe, że zazwyczaj wygląda to tak samo – Filip klęczy i odmawia trzecią dziesiątkę różańca, a Bartek wchodzi około 7.25. Chwilę później dołącza Szymon z telefonem w ręku, bo właśnie uruchomił aplikację z brewiarzem, no i pozostała część ekipy – na półżywa Werka, bo nie wpiła jeszcze porannej kawy (której wcale nie pije) i doskonale przygotowany Władek. Taka to nasza poranna rutyna, która prowadzi nas do modlitwy.

Podczas śniadania dowiedzieliśmy się, że nasz blog trafił na fanpage diecezji płockiej (teraz, to już strach, cokolwiek tu napisać). Po jego zakończeniu jak zwykle z ochotą zabraliśmy się do pracy. Naszym celem był dzisiaj klasztorny wirydarz. Podobnie jak w poprzednich dniach czekało nas przycinanie gryczpanu, pielenie chwastów, czyli ogólnie mówiąc nasze ulubione prace podwórkowe.

Ten intensywny czas pracy, co chwilę przerywały rozmowy, w których często odwoływaliśmy się do odbywających się dzisiaj dominikańskich obłóczyn. Wszystko dlatego, że biały habit przywdział dzisiaj nasz akaemowy kolega – Tomasz Cofta. (Tomku, z pewnością będziesz miał trudności w odczytaniu tego bloga, ale życzymy Ci wytrwałości i będziemy cię wspierać w modlitwie).

Dzisiaj praca szła nam wyśmienicie i udało nam się w dużej mierze skończyć ją przed obiadem, na którym Szymon – nasz wyjazdowy kucharz – uraczył nas fasolówką i schabem z kością. Trzeba przyznać, że doskonale radzi sobie w tych kulinarnych tematach. Po małej przerwie dokończyliśmy prace na wirydarzu i zaczęliśmy szykować się na adorację i mszę świętą.

Nie obyło się bez gości – do naszych modlitwy dołączył wróbelek. Nie dziwota, w końcu przez lata posługiwali tutaj franciszkanie, a ludzie Chloe, jak widać, donoszą o naszej działalności każdemu.

Dzięki temu niepozornemu gościowi mogliśmy w końcu zobaczyć, jak wygląda ratowski kościół z wysokości prospektu organowego i zachwycić się konstrukcją dachu, stąpając po strychu, na którym rzeczywiście skrzypi podłoga. Do kompletu zostały nam jeszcze krypty, ale na nie musimy jeszcze poczekać.

Wieczór z kolei był (i właściwie nadal jest) inny od poprzednich. Jedni oddali się lekturze publikacji o ratowskim sankturarium, inni odpoczywali, a jeszcze inni wykorzystali ten czas na wykonanie naglących ich zadań, zaś Filip zabrał się za sprzątanie – aż trzy razy umył podłogę w męskim pokoju. To sobotnie sprzątanie rozbudziło w nim wewnętrzną starszą panią z osiedla, więc uruchomił monitoring, by z okna zobaczyć, co tam się na wsi ciekawego dzieje.

Nie trwało to zbyt długo, bo już po chwili jego niezaspokojony instynkt perfekcyjnego kościelnego doprowadził go do wyczyszczenia relikwiarza, w którym zawarta jest drzazga z drzewa krzyża.

Po nieszporach, którymi rozpoczęliśmy świętowanie niedzieli, rozpaliliśmy ognisko. Upiekliśmy na nich smaczne kiełbaski, wyśmienite skibki z serem oraz warzywa. No i tak sobie siedzimy nadal przy tym ogniu, bo jak to mówi Filip jest to telewizja znana od tysiąca lat. I rzeczywiście wciągające programy tam mają.


Opublikowano

w

przez

Tagi:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *